Dwa podobne a jakże różne dni…
Minął już jeden z dwóch dni poświęcony pamięci zmarłych. Ten pierwszy Wszystkich Świętych coraz bardziej przypomina wielki jarmark. Od samego rana cmentarnymi ścieżkami przemieszczają się tabuny ludzi targających torby wypchane różnej postaci zniczami najczęściej plastikowymi i ogromniastymi donicami z różnobarwnymi chryzantemami. To wszystko po to by ustawić je na coraz większych pomnikach wykonanych z marmuru lub granitu. Nie za bardzo jest czas na skupienie, bo wszędzie rozbrzmiewa gwar i coraz głośniejsze rozmowy. To pewnie już nowa tradycja. Nie dziwi nas to, bowiem w czasach masowej migracji rzadko się spotykamy z najbliższymi, sąsiadami i dalszymi krewnymi. Te krótkie momenty muszą wystarczyć na szybki kontakt bo za chwilę każdy znów pędzi w swoją stronę. Wszędzie przepych, często rewia mody - tylko czasu brak, by zatrzymać się na chwilę, pomedytować w skupieniu, powspominać i zatrzymać w sercu to co było nam najmilsze w relacjach z tymi , którzy już od nas odeszli. .
Nieco inny wymiar ma dzień następny czyli popularne Zaduszki. Sporo ludzi wybiera się na cmentarze by w ciszy obejść cmentarz, odwiedzić groby bliskich i znajomych. Panuje względna cisza. W skupieniu przechodzimy od grobu do grobu starając się choć na chwilę zatrzymać i odświeżyć w pamięci te chwile, które jeszcze nam nie umknęły. To chyba bliższe Panu Bogu i duszom tych, których zewnętrznie nie widzimy , ale czujemy ich byty, zwłaszcza w takim dniu.
Pragnę zwrócić uwagę Szanownych Państwa, że w tym niekiedy szaleńczym pędzie po cmentarzu często nie zwracamy uwagi na stare groby o, których bardzo rzadko ktoś pamięta. Pozostają po nich tylko niewielkie pagóreczki, bądź połamany lub przewrócony krzyż. Już nie zwracamy na nie uwagi. Stają się po prostu bezimienne. Ile takich mogił kryje ziemia daleko od nas położona? Ofiary wojen od Bałkanów aż po krańce tajgi. Ile osób nam bliskich , naszych krewnych zrosiło swoją krwią miejsca o których najbliższa rodzina nie wie nic. Weźmy przykład mieszkańców Miłkowa - młodego Janka Witko, prezesa Strzelca. Zabrany rankiem już nigdy z Syberii nie wrócił. Podobnie rodzina Bednarzy do dziś nie wie w, którym miejscu zamordowani Tomasz i Jan zostali wrzuceni do dołu wraz z towarzyszami wspólnej niedoli. O nich też nie zapominajmy. Każdy stojący przy drodze krzyż zwłaszcza w lesie, to także symboliczne miejsce spoczynku ofiary często dla nas NN.
Są jednak przypadki o których warto mówić nagłaśniać je i dziękować ludziom, którzy wkładają serce w to co bezinteresownie robią. Historia ta wydarzyła się dzisiejszego dnia. Telefon od pani Agnieszki Kołodziej brzmiał niezwykle ekscytująco. Wybieram się z mężem Michałem oraz Józefem Nieckarzem w lasy suchowolskie. Wieziemy ze sobą krzyż. Początkowo nic mi to nie mówiło. Jednak jeżeli jedzie Józef Nieckarz to historia musi być ciekawa. To człowiek podobnie jak Państwo Kołodziejowie z leśnym sercem. Zwłaszcza małżonek Michał doskonały znawca terenu a przy tym wielki sympatyk historii regionalnej doskonale orientował się w terenie, wykorzystując zasoby swoich map. W lesie czekał już na nas miejscowy leśniczy pan Janusz Węglarz. Na tę historię zwrócił wcześniej uwagę pan Wiesław Panek wieloletni leśniczy, który przekazał ją panu Józefowi i zainspirował go do wykonania drewnianego dębowego krzyża. Tak się złożyło, że akurat dzisiaj w dniu jakże symbolicznym zawędrował on do miejsca przeznaczenia. Minęliśmy Lipinę, przejeżdżając obok placu Rachwała, następnie w pobliżu gajówki Franciszka Kota na Kozakach dotarliśmy na miejsce. Za chwilę oczom naszym ukazał się stary , mocno zniszczony już krzyż. Okazało się , że to miejsce pochówku przedwojennego gajowego Jana Zielińskiego. W czasie pełnienia służby napotkał na swej drodze kłusowników i oddał ich w ręce władz. Za ten czyn sprawcy trzy miesiące spędzili w areszcie. Po wyjściu na wolność zaczaili się w tym miejscu na gajowego i brutalnie pozbawili go życia. Rzecz działa się w roku 1930. W miejscu śmierci leśnika jeszcze przed wojną postawiono krzyż. Taki zwykły dębowy. Upływ czasu spowodował jego przewrócenie i przysypanie liśćmi. Po wojnie , nie wiemy czy leśnicy a może rodzina ustawiła następny. Ten też po długim okresie nadawał się do wymiany. Dzisiaj w tym miejscu panowie Józef i Michał po uprzednim niesieniu na swoich barkach tego nowego przez kawałek lasu, posadowili go w pobliżu tego, który zostanie usunięty i chyba spalony, bo tak każe tradycja. Przykład prostoty. Ludzie lasu pamiętają o swych kolegach, którzy w czasie pełnienia służby niekiedy oddawali życie pełniąc zaszczytną służbę. Brawo panie Wiesławie. Nasze słowa uznania także dla panów Józefa i Michała, leśniczego Janusza i pani Agnieszki, która to wszystko dokumentowała. Brawo dla wykonawcy krzyża Józefa Nieckarza. Kochani z całego serca dziękujemy. Warto w tym miejscu podziękować Nadleśnictwu Oleszyce za kontynuację pięknej tradycji rozwożenia zniczy z leśnymi symbolami w miejsca ważne z punktu widzenia pracy leśników i miejsc zasługujących na szczególny szacunek. Dzisiejsza informacja o tym , że w Miłkowie pojawiło się sporo ludzi dowodzi tego, że projekt jego rewitalizacji spełnia oczekiwania potomków i mieszkańców najbliższej okolicy. Jednym słowem - ciszej nad mogiłami...
Sprostowanie
Jeszcze tylko krótkie sprostowanie. Jan Zieliński to nie gajowy a leśniczy w dobrach hrabiego A. Zamoyskiego. Zabójcami okazali się dwaj chłopi kłusownicy z Kozaków, którzy już wcześniej byli karani.
Fotografie i skany
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć. Przycisk 1:1 pokazuje pełny rozmiar.
Autor: Jan Cieplicki.
Źródło: materiały przekazane do archiwum strony.


