Artykuł · Miłkowskie historie

Zszargane świętości

Już tylko kilka dni dzieli nas od kolejnego miłkowskiego odpustu. Ostatnia niedziela sierpnia, to ten moment gdzie na Placu Mateczki modlić będziemy się za tych, których dotknęły bolesne konsekwencje wojny. Ta uroczystość, na pograniczu sierpnia i września uświadamia nam ,że w 1939 roku na miłkowską ziemię wtargnęli okupanci. Jedni i drudzy opętani wielomocarstwową wizją dominacji nad światem nie liczyli się z ludźmi, którzy tutaj od wieków żyli w zgodzie z tradycją i kanonami wartości. Zycie w wielokulturowym społeczeństwie nauczyło ich zawierania kompromisów i szanowania praw każdej z grup narodowościowych. Wszystko zmieniło się wraz z nadejściem wojny. Zwłaszcza Sowieci, opętani komunistyczną propagandą na każdym kroku pokazywali swoja butę i tępą nienawiść do tego co święte. Już we wrześniu 1939 roku z kolumienek kaplicy rzymskokatolickiej na placu leśniczówki Malacha zrobili budy dla psów. Nie oszczędzili kaplicy i cerkwi grekokatolickiej. Porozbijane posągi - symbole świętych dokumentnie zniszczone ,popalone chorągwie i inne elementy służące do odprawiania mszy - to obraz jaki pozostawili po sobie w miejscach szanowanych od wieków przez rodowitych Miłkowian. Bezczelny sołdat strzelał do figurki Chrystusa umieszczonej na krzyżu, który postawił Jan Maślanka . To na pamiątkę wyjazdu jego córki Julii Wur w poszukiwaniu pracy do dalekiej Kanady. 20 letnia wówczas Julia, szczęśliwie dotarła za ocean, znalazła tam pracę, wyszła za mąż i urodziła córeczkę. Dla żołdaka nie było świętości. U nich dominowała zasada - Boga nie ma , hulaj dusza... O innym przypadku drwienia ze świętości opowiedziała mi wczoraj pani Bronisława Niedźwiecka, wnuczka ostatniego sołtysa Michała Purgala. Jako malutka dziewczynka wywieziona na Besarabię w swej pamięci wielu faktów z życia na pograniczu wschodniej Ukrainy i Mołdawii nie pamięta. Natomiast zapewne wielka zadrą w jej sercu jest obraz jaki ujrzała na miłkowskim cmentarzu cholerycznym. Po powrocie z deportacji wraz ze swym dziadkiem wybrała się pewnego dnia na cmentarz choleryczny, który od 1936 roku stał się miejscem pochówku dla rzymsko-katolików. Tam spoczywali rodzice dziadka. Podobnie jak wielu innych byli ofiarami cholery i tyfusu. Dziadek na ich grobie posadził krzaki porzeczki. Posuwali się w stronę grobu. W pewnym momencie osunęła im się ziemia spod nóg i ujrzeli dobrze zaopatrzony bunkier bandy UPA. Było w nim jeszcze sporo jedzenia, zapasów nafty, która wydawała specyficzna woń. Mała Bronia mocno się wystraszyła. Od tego momentu to miejsce kojarzy jej sie bardziej ze strachem niż cmentarzem. To też przykład zdziczenia obyczajów. Ludzie zaimpregnowani nienawiścią do żywych , tym bardziej nie szanowali tych , którzy już nie mogli im się przeciwstawić. W cywilizowanym świecie cmentarz to miejsce poświęcone i należy mu się bezwzględny szacunek. Okazało się, że nie dla wszystkich. Zatem, w modlitwie i chwilach zadumy obejmijmy tych wszystkich, którzy wiele wycierpieli, tych, których prochy użyźniają mołdawską ziemię a także tych, którzy do dzisiaj odczuwają traumę tamtych dni. Mam wielkie szczęście , że dość często rozmawiam z osobami, które z autopsji znają i do dziś rozpamiętują trudne momenty ich życia. To miedzy innymi pani Rozalia Witko - Goch, wspomniana pani Bronia Niedźwiecka, Olga Janiak i Roman Winiarz. Każda taka rozmowa to dla mnie wielkie przeżycie. W momencie kiedy opowiadam o Miłkowie, o tym czym się zajmujemy, by pamięć o tej niezwykłej wsi trwała jak najdłużej, to wówczas czuję jak ich serca się otwierają. Bardzo często po ich policzkach płyną łzy. Nie te , które są wynikiem bólu i cierpienia, ale takie radośniejsze, ciepłe mówiące o tym, że jeszcze o nich pamiętamy, szanujemy ich dorobek i jesteśmy dumni z ich osiągnięć. Szkoda, tylko, że czas nie pozwala mi na częstsze pogawędki z bardzo wrażliwymi świadkami miłkowskiej historii. Podczas ostatniej rozmowy pani Bronisława powiedziała mi o swoim marzeniu. Mianowicie, pragnie po tylu latach ponownie nawiązać kontakt z panią Rozalia Goch. Pani Rózia nieco starsza wiele opowiadała młodszej koleżance o Besarabii, młodych latach życia w Miłkowie. Wszystko to działo się w pierwszych latach po powrocie z deportacji. Wówczas pani Bronia mieszkała u dziadka Michała. Powiedziałem, ze spróbuję nawiązać kontakt telefoniczny poprzez obie rodziny. Pani Kasia Majewska - wnuczka pani Rózi obiecała, że spełni marzenie dawnej koleżanki swej babci.

Jeżeli tak się stało to i ja jestem bardzo zadowolony. Może okres jesieni pozwoli na częstsze miłe rozmowy z wymienionymi osobami. Postaram się wywiązać z obietnicy.

Bardzo serdecznie dziękuje za wpłaty paniom Renacie Ferenc - Pupek. Joli Panasiuk i Monice Jakubiak. Razem możemy więcej...

Na zdjęciu Julia Wur córka Jana Maślanki. Na drugim - krzyż z odstrzelonym przedramieniem stojący przy miłkowskiej drodze.

Fotografie i skany

Kliknij zdjęcie, aby powiększyć. Przycisk 1:1 pokazuje pełny rozmiar.

Zszargane świętości — fotografia 1
Zszargane świętości — fotografia 1

Autor: Jan Cieplicki.

Źródło: przekazane archiwum postów z Facebooka.

← Wszystkie artykuły i posty
Dopasuj Otwórz oryginał ↗