85 lat temu — ku pamięci…
To już spory szmat czasu od gehenny Miłkowa i okolicznych miejscowości leżących w pobliżu wojennej granicy miedzy najeźdźcami ze wschodu i zachodu. Styczniowa mroźna i mocno pokryta zwałami śniegu zima , to czas wielce niekorzystny dla takich poczynań. Zresztą każdy okres, gdy siłą rugują cię z własnego domu i masz chwilę by się z tym wszystkim pożegnać, jadąc w nieznane nie jest komfortem, zwłaszcza dla psychiki. Pierwsze wysiedlenia zaczęły się już rankiem 18 stycznia 1941 r. Historia tych wysiedleń jest dość dobrze opisana, zarówno w książkach pana Jana Kucy jak i w wielu innych publikacjach i materiałach filmowych. Miłośnikom poznawania historii mieszkańców Miłkowa , zwłaszcza tym młodszym pragniemy bliżej przedstawić miejsca, które niemal przez 6 lat stały się przystankiem w ich życiu pełnym poniewierki, potu, łez i bolesnej tęsknoty za Ojczyzną. Akcja wywózki przez Sowietów była gruntownie opracowana już znacznie wcześniej. Miejsce, które przeznaczyli dla Polaków wcześniej zajmowali koloniści niemieccy. Ci po porozumieniu miedzy zaborcami wyjechali do swej ojczyzny. Usunięto także mieszkających tam Rumunów. Po kolonistach zostały murowane domy , w przeciwieństwie do byle jakich siedzib tubylców. Często były to lepianki. To teren na granicy trzech państw Rumunii, Mołdawii i Rosji a później Ukrainy. Koloniści uniknęli wojny dawnych sprzymierzeńców. Natomiast Miłkowianie byli świadkami wojennych wydarzeń, gdy Niemcy przeganiali Sowietów, a później Ci gonili Niemców. Wojna to traumatyczne przeżycia, zwłaszcza dla małych dzieci. Były takie momenty, że ciała niemieckich żołnierzy leżały w brudzie i smrodzie a Sowieci zabronili ich sprzątnięcia wbrew międzynarodowym konwencjom i ludzkiej przyzwoitości. W pierwszej kolejności uprzątnięcia ludzkich szczątków podjęli się Polacy , ale i tego im surowo zabroniono. Niektórzy te obrazy mają do dziś przed oczyma.
Miejscowość do , której wysiedlono Miłkowców to wieś Anówka, leżąca w powiecie Borodino w dawnym województwie Izmaił. Niektórzy urodzeni w tym czasie takie adnotacje mieli zapisane w dowodach osobistych. Obrazowo rzecz ujmując można ją zlokalizować między Kiszyniowem i Odessą. Wg. Darii Gajdzicy wywiezionej jako dziecko, przez Anówke przepływała rzeka Sarata. To ona rozdzielała domostwa po jej obu brzegach, z tym, że nad samą rzeką znajdowały się pastwiska , a dopiero dalej zabudowania. Niedaleko Anówki leżała Manża, gdzie pomieszkiwała rodzina Władysława Cybulskiego. W odległości ok. 3 km od Anówki leżała Furatówka. To tam w większości przypadków trafili mieszkańcy Wólki Miłkowskiej. To znacznie biedniejsza wioska, w której przeważały nędzne chaty, często lepianki. W samej Anówce była szkoła, kościół z cmentarzem i pracujący młyn, być może pozostałość po niemieckich kolonistach. Wydawało by sie, że naprzeciw Syberii to znośne warunki. Można tak rzec, ale to tylko część prawdy. Tutaj życie też nie rozpieszczało. Młodsi i w miarę sprawni mężczyźni musieli pracować w kołchozach gdzie całymi dniami popędzali woły przewracające tamtejszą ziemię. Kobiety werbowano do ciężkich prac w Donbasie. Mężczyzn w wieku poborowym siłą wcielano do sowieckiego wojska. Niektórzy nie brali tego pod uwagę, narażając się na niebezpieczeństwo. Nie dość , że wojna i wypędzenie z własnych domów to jeszcze przytrafiały się choroby wyniszczające najsłabszych. Krwawe żniwo zebrał tyfus. W sumie nie wróciło do Polski ponad 50 obywateli z Miłkowa. Ich dusze pałętają się tam do dzisiaj. Nie zapominajmy o nich w modlitwach. Kto chciał otrzymywał kawałeczek ziemi by wspomóc tych, którzy ciężko pracowali za byle jakie pożywienie. Często był to zgniły pomidor i kromka czarnego chleba. Przeżyli i to. Najgorsza była wieczna inwigilacja, indokrynacja w parze z kultem Stalina. Ich dusze rozrywała tęsknota za Miłkowem, za Polską - to ona dawała się we znaki najbardziej. W tym obłudnym i zakłamanym systemie nie oszczędzano nawet dzieci. Niektóre z nich do dziś pamiętają pewna nauczycielkę, wielką propagandystkę nowego szczęśliwego radzieckiego ładu. Każda niesubordynacja to stek wyzwisk a niekiedy i poszturchiwania i straszenie wywózką na białe niedźwiedzie. Inaczej zachowywali się Mołdawianie, oni bardziej otwierali serca dla dalekich przybyszów, dzielili się z nimi tym czym mieli. Oni chyba znacznie wcześniej poznali czym jest komunistyczny dobrobyt. Mężczyźni zwłaszcza młodsi podczas spotkań już po powrocie do Polski bardzo dobrze wspominali smak mołdawskiego wina. To zrozumiałe. Do trunków to my Polacy mamy specyficzny stosunek?
Po 6 latach zniewolenia nastąpił upragniony powrót do Ojczyzny. Co zastali po przekroczeniu rogatek Miłkowa to już dobrze wiecie.
My pokolenie złączone pępowiną z poprzednikami jesteśmy wręcz zobowiązani do przekazywania Ich historii następnym pokoleniom , by tragizm , który dotknął Ich swą wymową przestrzegał nas przed wszystkimi możliwymi konfliktami.
W tych dniach poświęćmy Im chwile zadumy, refleksji i modlitwy. Nam dane jest, póki co żyć w czasach burzliwych, ale jeszcze bez wojny. Im to nie było dane. Miejmy to na uwadze. Żyjącym Miłkowianom cześć i chwała, spoczywającym w mołdawskiej ziemi wieczna pamięć.
Na zdjęciu fragment mapy z nazwą Haniwka , która dla Miłkowian była Anówką
Fotografie i skany
Kliknij zdjęcie, aby powiększyć. Przycisk 1:1 pokazuje pełny rozmiar.
Autor: Jan Cieplicki.
Źródło: materiały przekazane do archiwum strony.

